Zbuntowana

  • 07.02.2020, 08:50
Zbuntowana
Odkąd pamiętam… byłam zbuntowaną dziewczynką, szczególnie po 15 roku życia. Lubiłam dużo imprezować. O Bogu myślałam, jak o kimś, kogo mogę od czasu do czasu o coś poprosić, jeśli już sama nie mogę podołać jakimś sprawom. Moja najbliższa rodzina uczęszczała do kościoła katolickiego, jednak było to uczęszczanie na zasadzie, „bo wypada, co niedzielę iść na mszę”, nic poza tym, żadnych głębszych refleksji. W pewnym momencie mojego życia stwierdziłam, że jest to bez sensu, nie odnajdywałam się w kościele, nie wynosiłam nic z niego, co mogłoby być cenne dla mnie. Przestałam, więc uczęszczać na msze. Mojej mamie bardzo ciężko było mnie okiełznać. Po zdaniu matury w miasteckim liceum, przyszedł moment obrania kierunku studiów – padło na Gdynię. Zamieszkałam tam z chłopakiem i jego kumplami.

I tu się wszystko zaczęło…

Studia, których jeszcze na dobre nie zaczęłam – zostawiłam. Praca, przy której nie potrafiłam się utrzymać dłużej niż dwa miesiące. Skupiłam się głównie na imprezach, piciu i paleniu, dodatkowo wpadłam w szał narkotykowy. Podobał mi się taki tryb życia „Mogę wszystko, nic nie muszę!”. Przez to wszystko zaczęłam popadać w długi. Jadłam niewiele, dlatego też chudłam w oczach, miałam bardzo osłabiony organizm.

Do tego wszystkiego, gdzieś w głębi siebie – z dnia na dzień czułam coraz większą pustkę, mimo to nie rezygnowałam z imprez, z takiego życia. Chociaż uśmiechu na twarzy było, co raz mniej, jednak im dalej w to brnęłam tym bardziej nie mogłam patrzeć w lustro, popadłam w głęboką depresję. Z łóżka nie wychodziłam do późnego popołudnia. Pomimo to, że ciężko było mi w ogóle mi zasnąć, miewałam dziwne sny na jawie – słyszałam różne piski, skomlenia, przeraźliwe odgłosy i stukanie w ściany. Przez długi okres chodziłam zapłakana. Miałam kilka prób samobójczych, o których nikt nie wiedział.

Do rodzinnego Miastka przyjeżdżałam bardzo rzadko w ten sposób nieczęsto rozmawiałam z rodzicami. Jednakże zdumiewające dla mnie jest to, jak bardzo wydawało mi się, że wszystko potrafiłam przed nimi ukryć. Wracając do Trójmiasta, zawsze wiedziałam, że czekają mnie kolejne imprezy z ludźmi, którzy żyli w podobny sposób do mojego.

Przyszedł jednak dzień, gdy przypomniałam sobie, że przyjeżdżając tutaj chciałam przede wszystkim iść na studia (kierunek: Historia Sztuki). Przecież jakimś cudem zdałam maturę z tego przedmiotu i jakimś cudem dostałam się na studia, jednak między zajęciami cały czas ćpałam – nie mogłam wyrwać się z tego wiru.

W końcu doszło do tego, że rozstałam się z chłopakiem, przeprowadziłam się do Gdańska i tam nadal próbowałam swoich sił na studiach. Niestety, nie ukończyłam tego kierunku, byłam zbyt przytłoczona, zbyt zdesperowana i jednocześnie zbyt rozkojarzona, żeby zmuszając się skupiać swoje myśli na nauce. Bałam się rozmawiać z trzeźwymi ludźmi. Z czasem jednak udawało mi się rezygnować z brania narkotyków.

Pewnego dnia rozmawiałam z babcią przez telefon, opowiadała mi o tym, jak przygotowuje się do operacji, słyszałam w jej głosie strach. Po jej ostatnim zdaniu, odparłam „Babciu, pomodlę się o Ciebie” – babcia jest zagorzałą katoliczką i często, gdy byłam mała, namawiała mnie do tego, żeby odmawiać z nią na klęczkach różaniec, czy też modlić się po prostu o rodziców, czy o kogokolwiek, kto miał problemy w życiu. Może też stąd wzięła się moja reakcja. Jej głos zmienił się diametralnie, mogę bez wahania powiedzieć, że widziałam jak się uśmiecha.

I mimo tego wczesnego uczenia mnie modlitw przez babcię, ja sama byłam zdziwiona, że takie słowa zostały wypowiedziane z moich ust.

Po skończonej rozmowie telefonicznej, rzeczywiście, zatroskana i przybita, szczerze pomodliłam się o babcię. Wtedy poczułam coś niesamowitego, zawiał ciepły wiatr, a wraz z nim usłyszałam w sercu słowa jakby od samego Boga: >Będzie dobrze<. Zakręciła mi się łezka w oku, odetchnęłam pełną piersią i wiedziałam, że mimo to, iż modliłam się tylko o babcię, wiedziałam, że to, co usłyszałam, było skierowane także w stosunku do mojej sytuacji życiowej. To było niesamowite, nie potrafię tego ubrać w słowa. Poczułam, że jest to początek czegoś nowego, czegoś dobrego.

Niedługo po tym zdarzeniu, zdecydowałam się wyjechać za granicę do pracy, chciałam wyrwać się z tego zatrutego otoczenia. Tak też zrobiłam. Postanowiłam spakować w walizkę również Biblię, którą dostałam na komunię. Tam, na wyjeździe czytałam ją od czasu do czasu. Najczęstsze fragmenty, które wybierałam na oślep, mówiły o tym, abym wyjeżdżała natychmiast z obczyzny. Moja praca trwała 2 miesiące. Przyjechałam z powrotem przez wzgląd na Słowo przeczytane tam. Poczułam, że muszę zrobić to, co jest napisane w Piśmie Świętym. Zrobiłam to również, dlatego, że tęskniłam za Polską, a jeszcze bardziej za Miastkiem.

Mój przyjazd początkowo wprowadził mnie na kolejne imprezy. Trwało to jednak znacznie krócej niż poprzednim razem. Okazało się, że koleżanka z naszej ekipy, z którą wtedy spędzałam najwięcej czasu, jest osobą wierzącą. Zaprosiła nas pewnego dnia na spotkanie z Misją „Generacja T” (obecnie: Generacja Plus). Opowiadali oni o swoich przeżyciach związanych z żywym Bogiem. Chętnie słuchałam tego, co mieli nam do przekazania. Razem ze mną słuchał też Kamil – jeden z kolegów. Zaczęliśmy chodzić do Kościoła Zielonoświątkowego razem z tą koleżanką. Wiedziałam, że mogę czuć się tam bezpieczna.

Od pastora i ludzi, z którymi tam przebywaliśmy dostawałam dużo ciepła płynącego z ich serc. Czułam, że to jest Boża ingerencja. Nie jeden raz podczas nabożeństwa wylewałam łzy za to wszystko, co zrobiłam sobie samej, jak marnowałam swoje życie, czułam do siebie ogromną pogardę. Przyszedł dzień, w którym odważyłam się podarować życie Jezusowi. Stało się! Powierzyłam Jemu wszystkie swoje zmartwienia i troski. Tak bardzo chciałam zostawić to wszystko za sobą… Dzięki modlitwie pastora, zborowników i mojej, udało mi się zacząć wszystko od początku. Dostałam nowe życie, dzięki Bogu! Tego dnia chodziłam z uśmiechem od ucha do ucha – niesamowite przeżycie, niesamowita radość! Cieszyłam się każdą chwilą w przeciągu całego dnia. Niedługo po tym wzięłam chrzest, w biblijny sposób, przez zanurzenie w wodzie – była to jedna z najmądrzejszych decyzji w moim życiu.

Z Kamilem zaczęłam widywać się, co raz częściej, on też przeżył wiele złych sytuacji, zanim oddał życie Bogu i ochrzcił się. Mieliśmy teraz wiele wspólnych tematów. Dobrze było mi przebywać w jego towarzystwie. Dostałam od niego tego, czego właśnie potrzebowałam od drugiej osoby: wsparcia, zrozumienia, trochę dobrego humoru. Po jakimś czasie oświadczył mi, że się we mnie zakochał. Wyznał, że modlił się przez cały rok, żebym zwróciła na niego swoją uwagę. Byłam zszokowana, gdyż nie chciałam się z nikim wiązać. Jednak jego słowa otworzyły mi oczy i serce.

Usłyszałam znów głos Boży, mówiący >Tak, to ten człowiek<. Poszłam za tym głosem. I słusznie, stało się! Wzięliśmy ślub, ukończyłam studium medyczne, w między czasie pracowałam, zaszłam w ciążę i urodziłam pięknego synka! Macierzyństwo potraktowałam, jako moją misję, powołanie od Boga. Mam kochanego męża, który wspiera mnie na każdym kroku, czuję się przy nim bezpieczna. Mieszkamy razem i jesteśmy naprawdę szczęśliwi.

To prawda, że dzieci Boże nie będą żyć w niedostatku, czy to materialnym, czy też mentalnym. Dziś wiem, że nic lepszego nie mogło mnie spotkać. To, czego potrzebowałam, Bóg mnie tym obdarował; swoją miłość, troskę, wiarę, zaufanie, oddanie. To wszystko otrzymałam za nic! Z ŁASKI BOŻEJ!

Wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że tego wszystkiego mi potrzeba, Bóg już zaczął swój „proces obdarowywania”. Wyciągnął do mnie swoją rękę, a ja ją chwyciłam i już nie chcę jej puszczać.

Podziel się:

Oceń:

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe